Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desery. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 sierpnia 2011

Toffee apple bake

...czyli coś pomiędzy szarlotką a zapiekanką z jabłkami. Dobre na zimno, jeszcze lepsze na ciepło, a najlepsze z lodami waniliowymi.
Przepis pochodzi z przesympatycznej książki "30-minute Vegetarian", a ja go trochę zmodyfikowałam (zmieniając nieco proporcje).



Składniki:
2-3 jabłka deserowe
2/3 szklanki mąki + 1 łyżka dodatkowo
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2/3 szklanki jasnego cukru muscovado
3 łyżki cukru (polecam brązowy demerara, ale jak ktoś woli słodsze ciasto, może być zwykły kryształ)
pół łyżeczki przypraw korzennych (ja użyłam cynamonu, kardamonu, gałki muszkatałowej, imbiru i kurkumy, która ładnie zabarwia ciasto na żółto)
1 jajko
100 ml jogurtu naturalnego
50 g roztopionego masła

Przygotowanie:
1. Obrać jabłka, pokroić je na grube plastry lub kawałki i wrzucić do formy żaroodpornej. Dodać 1 łyżkę mąki i cukier muscovado, wymieszać.
2. Wymieszać w misce resztę mąki z proszkiem do pieczenia, cukrem i przyprawami. Dodać jajko, jogurt i masło; wymieszać.
3. Rozprowadzić ciasto na jabłkach i piec w piekarniku nagrzanym do 220ºC przez jakieś 15-20 minut.



W trakcie pieczenia cukier muscovado rozpuszcza się i tworzy się z niego sos tofi (dlatego ważne jest, żeby jabłka były deserowe - inaczej zapiekanka może wyjść za słodka).
Smacznego!

czwartek, 5 maja 2011

Mazurkowy eksperyment

Nietypowy, bardzo mało mazurkowy mazurek (znany jako mazurek Nelly Rubinstein). Równie dobrze sprawdzi się jako placek na popołudniową herbatkę lub chrupiąca przegryzka. Jest bardzo słodki, tak więc nie da się go zbyt dużo zjeść na raz, dzięki czemu można nawet zaryzykować stwierdzenie, ze jest to deser wręcz dietetyczny. O ile, oczywiście, można w ogóle wspominać o diecie, mówiąc o cieście, które składa się głównie z migdałów i cukru ;)
Moje pierwsze podejście do tego ciasta nie było szczególnie udane - warstwa karmelu wyszła zbyt gruba przez co mazurek nie dał się pokroić więc trzeba było go odłamywać po kawałku (w efekcie został zjedzony w kuchni), no i zdecydowanie nie nadawał się dla osób z delikatniejszym uzębieniem - każdy kęs groził bowiem utratą kawałka zęba. Gwoździem do słodkiej trumny okazała zbyt cienka folia aluminiowa, której użyłam do wyłożenia blaszki - jej brzegi wtopiły się w brzegi ciasta i za nic w świecie nie dało się ich odkleić. W efekcie jedzący zmuszeni byli do mało eleganckiego obgryzania kawałków karmelu. Wszystkie wady zrekompensował jednak fantastyczny smak tego ciasta :) 

Składniki:
30 dkg tartych migdałów (można utrzeć lub zmielić samemu, ja poszłam na łatwiznę i kupiłam tarte)
15 dkg migdałów obranych ze skórki
kilka kropli aromatu migdałowego
45 dkg cukru (im drobniejszy tym lepiej)
białka z 3-4 jajek

1. Tarte migdały utrzeć w makutrze z połową cukru na gładką masę. 
2. Do masy dodać białka i aromat migdałowy. Dokładnie wymieszać.
3. Ciasto przełożyć do wysmarowanej tłuszczem blaszki. Można ją również wyłożyć papierem do pieczenia lub folią aluminiową, jednak należy pamiętać aby koniec arkusza folii lub papieru wystawał ponad brzeg blaszki. Dobrze jest się także upewnić, że folia/papier są mocne i nie drą się przy byle szarpnięciu. 
4. Spód ciasta piec przez 35-45 minut w piekarniku nagrzanym do  temperatury180 stopni (po upieczeniu powinien być złotobrązowy)
5. Pozostałą część migdałów grubo posiekać. 
6. Pozostałą część cukru wsypać do garnka o grubym dnie i skarmelizować. Podczas gotowania karmelu należy uzbroić się w cierpliwość (trochę to trwa), refleks (kiedy już cukier zacznie się karmelizować, bardzo szybko się przypala, robi się gorzki i trzeba wszystko zaczynać od początku), drewnianą łyżkę (metalowa szybko się nagrzewa a mieszać nią trzeba długo), przydaje się także długa rękawica kuchenna, żeby ochronić rękę, którą trzyma się garnek. Trzeba tez pamiętać, że gotowany karmel czasami pryska - nie pochylać się zatem nad garnkiem, bo oparzenia po karmelu są paskudne, bolesne i długo się goją. 
7. Do karmelu dodać posiekane migdały. Masę rozprowadzić na ciepłym spodzie ciasta - warstwa karmelu powinna być stosunkowo cienka, tak aby po przestudzeniu dało się ją pokroić. 
8. Ostudzić, pokroić w kwadraty, podawać :) 




wtorek, 3 maja 2011

Szafranowe wariacje z babką w roli głównej (post trochę spóźniony)

Post z lekka spóźniony, ponieważ - zgodnie z logiką - przepis na babkę powinien pojawić się PRZED Wielkanocą, a nie pod koniec majówki. Ponieważ jednak wcześniej czasu nie było, a potem na pewno zapomnę to wrzucam dzisiaj. W końcu babkę upiec można zawsze, nie tylko przy Wielkanocy.
Przepis na to ciasto znalazłam w kwietniowym numerze magazynu "Kuchnia". Jest to babka ucierana, które to ucieranie przypłaciłam pęcherzami na dłoniach (jako  ze staromodna jestem i ciasto ucierałam ręcznie w makutrze - oryginalny przepis nie wymaga jednak takiego poświęcenia i dopuszcza wykorzystanie miksera). Wymaga trochę pracy, starań i uwagi, jednak efekt jest ich wart. Babka jest puszysta, niezbyt słodka i wiosennie żółta dzięki dodatkowi szafranu.
To pierwsze moje ciasto z dodatkiem szafranu i - szczerze mówiąc - byłam trochę zaskoczona jego dość ostrym smakiem i zapachem, który nie każdemu musi odpowiadać.  Tak więc - jeżeli ktoś nie ma doświadczeń z tą przyprawą - radzę trochę zmniejszyć jego ilość. Babka będzie może mniej żółta, ale też bardziej "znajoma" w smaku. No, chyba ze ktoś lubi eksperymenty ;)


Składniki: 
2 i 3/4 szklanki mąki
3/4 kostki masła
1,5 szklanki cukru (im drobniejszy, tym łatwiej będzie się ucierać)
4 jajka
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka aromatu waniliowego
3/4 łyżeczki soli
szklanka mleka
1/2 łyżeczki nitek szfaranu (ja dałam 1/3 łyżeczki)
masło i mąka do formy
Do dekoracji:
szklanka cukru pudru
otarta skórka i łyżeczka soku z cytryny

1. Masło utrzeć na puszystą masę. Powoli dodawać cukier i w dalszym ciągu ucierać aż masa będzie biała i jednolita.
2. Ciągle ucierając dodawać po jednym jajku i aromat waniliowy.
3. Szafran rozpuścić w ciepłym mleku (jest to trudniejsze niż się wydaje i wymaga dość długiego, cierpliwego mieszania).
4. Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia.
5. Do masy - ciągle ucierając - dodać 1/3 mleka i połowę mąki. Następnie pozostałą część i mąki, i mleka. Ucierać przez kilka minut.
6. Formę z kominkiem wysmarować tłuszczem, wysypać mąką.
7. Przelać masę do formy. Ciasto urośnie, więc masa powinna sięgać mniej więcej do do 2/3 wysokości blaszki (ja o tym zapomniałam, więc rosnąca babka wybrała się na spacer zwiedzać dolną blachę w piekarniku ;)
8. Piec ok.godziny w temperaturze 170 stopni. Upieczona babka powinna odstawać od formy.
Po upieczeniu wystudzić - początkowo w formie, potem na kratce. Udekorować lukrem przygotowanym z cukru pudru i soku z cytryny. Obsypać cytrynową skórką.

sobota, 30 października 2010

Ciasteczka cynamonowe (dla domowych bóstw i innych demonów)

Od razu się przyznaję, że przepis wzięłam stąd, bo i okazja sprzyjająca ;) Przy czym - w tym wypadku były (tzn. nadal są, ale za chwilę ich nie będzie ;) ciasteczka dla naszych bóstw domowych - Lela i Milela ;), a także dla wszystkich, którzy tylko zechcą ( i się załapią ;)

Składniki:

pół szklanki cukru pudru
2 szklanki mąki
180 g masła
2 łyżki śmietany
3 żółtka (pytanie na marginesie - co zrobić z trzema białkami?)
pół łyżeczki cynamonu

Wszystkie składniki trzeba wymieszać i zagnieść z nich ciasto. Następnie ciasto musi poleżakować w lodówce - u mnie jakieś 3,5 godziny. Później - odkrawamy po kawałku i rozwałkowujemy na placek, z którego wycinamy foremkami dowolne kształty :)
Uwaga - ciasto jest z tych przyklejających się, więc trzeba używać sporej ilości mąki.
Przepis oryginalny podaje, żeby piec 15 minut w 180 stopniach. Przy moim kapryśnym piekarniku - z którym dopiero się oswajam - aby ciasteczka były takie w sam raz, piekłam w 200 stopniach i zdecydowanie dłuzej - ok.25 minut.
Można jeść "na sucho", niemniej - u nas dużym powodzeniem cieszy się maczanie ciasteczek w nutelli, szczególnie, że kształt maczaniu sprzyja ;)

Smacznego :)

sobota, 10 lipca 2010

Biust Balladyny :D

I znów muffiny. Następnym razem już zmienię branżę, obiecuję ;)

Oczywiście najlepsze na świecie muffiny z białą czekoladą i malinami robi Clea, i tu nie ma dyskusji. Niemniej – skoro wyżej wspomniana do tej pory nie zamieściła tu przepisu, to ja wklejam swój. Co prawda nie ten najlepszy na świecie (też mam, ale w ferworze trzech mieszkań akurat nie przy sobie), tylko taki z głowy. Czyli ulubiony podstawowy + maliny, ale jeszcze przypomnę:

składniki suche
:
2,5 szklanki mąki
3/4 szklanki cukru
łyżeczka cukru waniliowego
łyżeczka sody oczyszczonej
łyżeczka proszku do pieczenia

składniki mokre
:
2 jajka
1/2 kostki rozpuszczonego masła
ok. 200g jogurtu naturalnego

do tego posiekana tabliczka białej czekolady i maliny – jak dla mnie, to im więcej, tym lepiej, ale wystarczyły jakieś dwie garście + po jednej na każdą muffinkę (każdego muffina?) do dekoracji.

Muffiny robi się klasycznie – zmieszać mokre składniki, zmieszać suche składniki, zmieszać wszystko razem. Dorzucić posiekaną czekoladę, zamieszać, a potem delikatnie dodać maliny i jeszcze delikatniej zamieszać, coby się za bardzo nie rozczłonkowały. Nakładać do wysokości 3/4 foremki, na czubku każdej wcisnąć malinę, wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piec ok. 20-25 minut. I gotowe :)

A jeśli chodzi o nazwę, to.. . cóż... wybaczcie, ale taki się wymsknął tytuł roboczy i już tak zostało ;)



środa, 7 kwietnia 2010

Sernik "Złota rosa"

Sernik "Złota rosa" to jedno z tych kapryśnych ciast, które wymagają składników-nie-zamienników  (tylko ser śmietankowy, żaden inny), odpowiedniej kolejności ich dodawania (sprawdzone - pomylenie kolejności skutkuje cukiernianą klapą), zjadają trochę czasu (uch, to wylepianie foremki ciastem...), a i tak nie ma gwarancji, że wyjdą i że pojawi się owa "złota rosa". 



Niemniej - nawet bez rosy - sernik jest naprawdę godny polecenia i warto się raz na jakiś czas w niego pobawić :)

Na początek najlepiej przygotować foremkę - wyłożyć pergaminem, pergamin posmarować margaryną i obsypać bułką tartą. A potem zabierać się do pieczenia :)

Ciasto
2,5 szklanki mąki
1 szklanka cukru
4 żółtka (białka też się później przydadzą)
1 margaryna mleczna
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 aromat waniliowy

Trzeba zagnieść wszystkie składniki (ciasto jest dość luźne) i wylepić cienką warstwą ciasta spód i boki foremki - trzeba uważać, żeby szczególnie w rogach i przy łączeniu ścianek z dnem warstwa nie była zbyt gruba.

Masa serowa
1,25 kg sera (5 kostek sera śmietankowego, kostki są pakowane w taki przezroczysty plastik)
6 jajek
1 szklanka cukru (kryształ)
0,5 szklanki oliwy
1,5 szklanki mleka
1 budyń śmietankowy lub waniliowy
sok z jednej cytryny

Jajka (całe) ubić z cukrem na puszystą pianę (oczywiście w miarę mozliwości), dodać oliwę, ubijać, dodać ser, sok z cytryny, budyń, ubijać, szklankę mleka, ubijać. Kolejność dodawania jest ważna ;]

Masę wylać do foremki, rozprowadzić po cieście, posypać rodzynkami (które można trochę przyklepać). Piec ok. 50 min. w 180 stopniach.
Po upieczeniu ubić 4 pozostałe białka ze szklanką cukru. Ubitą pianą posmarować upieczony sernik. Wstawić ponownie na 20 min. do piekarnika.
Sernik po wystudzeniu wstawić do lodówki i zjadać następnego dnia ;) Kropelki "rosy" pojawiają się podczas studzenia i pobytu sernika w lodówce, ale nawet bez nich sernik jest bardzo dobry ;)


niedziela, 14 marca 2010

Wiosna w dolinie muffinków


Wiosna w dolinie muffinków to nie jest hasło jednorazowe, to jest, proszę państwa, założenie programowe ;)

Tym razem stworzyłam jasną (earl grey, herbaciany posmak i dżem pomarańczowy) i ciemną (czekolada i wiśnie) stronę muffinkowej mocy, i obydwie okazały się mieć zagorzałych zwolenników ;]

Oparte są na moim ulubionym przepisie podstawowym
[2,5 szklanki mąki, 3/4 szklanki cukru, łyżeczka proszku do pieczenia, łyżeczka sody, szczypta soli,
2 jajka, 1/2 rozpuszczonej kostki masła, ok. 200g jogurtu]

przy czym do wersji jasnej - herbacianej dosypałam łyżeczkę drobno zmielonej herbaty (tu konkretnie liściasty earl grey tetley, nadaje się wspaniale) i dolałam esencję z zaparzonej łyżeczki herbaty w 1/4 szklanki wrzątku (razem z fusami! ;). Do tego skórka pomarańczowa, dżem pomarańczowy w środek i już ;) Ciasto zrobiło mi się rzadkie, dosypałam troszkę mąki (czyli szklanki powinny być "z czubkiem") i straciłam nadzieję, ale muffiny pięknie wyrosły. Są miękkie i pyszne, a w ogóle najlepsze są następnego dnia (o ile dotrwają ;)

Ciemne - czyli czekoladowe z wiśniami - to już wybitna prościzna ;) Do sypkich składników dodaje się 3 łyżki kakao, do każdej  muffinki łyżkę wiśniowej konfitury, i już. Jako amatorka aromatów dodałam troszkę tego rumowego, i to był dobry pomysł ;)

A wiosna kiedyś musi przyjść i ja wcale nie widzę tego śniegu za oknem. Wca-le.


niedziela, 7 marca 2010

Galaretka jogurtowa z owocami czyli łasuch na diecie


Przejście na dietę zaraz po założeniu bloga kulinarnego nie było najbardziej strategicznym posunięciem ;) Nagle okazało się, że wszystkie najbardziej ukochane przeze mnie ciasta i ciasteczka są surowo zakazane i nawet myśleć o nich nie powinnam, a co dopiero piec, fotografować i opisywać. To znaczy pewnie, gdyby się skończyło na pieczeniu, fotografowaniu i opisywaniu to zakaz nie byłby tak surowy, jednakże za dobrze znam swoją łakomą naturę, żeby ryzykować. Żegnajcie ciasta i ciasteczka... przynajmniej do Wielkanocy. Co potem - zobaczymy.
Na szczęście okazało się, że na diecie też bywa smacznie i ciekawie. Co więcej - dietetyczne gotowanie bywa wyzwaniem kulinarnym. Nigdy w życiu nie ważyłam wszystkiego tak skrupulatnie ani też nie stosowałam tak wielu składników. Podobno jednym z kluczy do udanej diety jest jej różnorodność. I moja pani dietetyczka wyraźnie zna i stosuję tę zasadę. Przyznaję, że niektóre ze składników wykorzystuję w kuchni po raz pierwszy - na przykład taką rzepę. Albo seler naciowy. Albo piklinga.
A żeby wszystkim Łaskawym Czytelnikom udowodnić, że na diecie może być całkiem smacznie przedstawiam Szanownym Państwu:

Galaretkę jogurtową z owocami (przepis pochodzi z mojej diety, Vitalia)

Składniki:
1 opakowanie jogurtu naturalnego (płynnego)
płaska łyżka żelatyny w proszku
1 łyżeczka miodu (w wersji niedietetycznej - 3-4 łyżeczki)
kilka wyłuskanych orzechów włoskich
opcjonalnie (w wersji n-d ;) rodzynki, posiekane bakalie, kawałki czekolady etc.
owoce do dekoracji (wg upodobań)

1. Żelatynę zalewany zimną wodą. Czekamy aż napęcznieje.
2. Następnie rozpuszczamy ja we wrzątku (ok.1/2 szklanki). Odstawiamy w chłodne miejsce, żeby przestygła (należy zwracać uwagę aby nie stężała).
3. Mieszamy jogurt z miodem, orzechami i innymi dodatkami, zwracając szczególną uwagę żeby miód i jogurt dokładnie się połączyły.
4. Powoli, ciągle mieszając wlewamy przestudzoną żelatynę do jogurtu.
5. Gotową masę wlewami do szklanych pucharków lub miseczek.
6. Odstawiamy do lodówki na ok.2 godziny.
7. Wyjmujemy z lodówki, dekorujemy owocami (można polać sosem owocowym).

Gotowe. Smacznego :)




wtorek, 2 marca 2010

Inauguracja, czyli muffiny cytry-nowe


Ponieważ Awnee zrzeka się honorów inauguracji, rozpocznę ja - przepisem na całkiem wiosenne muffiny cytrynowe, które są le-nową wariacją w oczekiwaniu na wiosnę, zainspirowaną marmoladą cytry-nową ;)



Muffiny cytrynowe

Potrzebne będą:

[składniki suche]
2,5 szklanki mąki
3/4 szklanki cukru + 1 duża łyżka cukru waniliowego (na moim było napisane "2x mocniejszy", więc można wziąć trochę więcej)
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli

[składniki mokre]
2 jajka
1/2 kostki masła (rozpuszczone i przestudzone)
ok. 200g jogurtu naturalnego (wzięłam mniej więcej połowę kubeczka o pojemności 390g ;)

[dodatki]
marmolada cytrynowa (znaleziona w almie ;) myślę, że inne cytrusowe dżemy też mogłyby się nadawać)
tabliczka białej czekolady (posiekana na drobne kawałki)
skórka pomarańczowa (kandyzowana, wzięłam kopiastą łyżkę :)

A, i jeszcze! Jeśli ktoś (jak Le na przykład ;) lubi tzw. "ordynarny cytryniak ze sklepu", to może dodać troszkę aromatu cytrynowego. Ja dodałam i sobie chwalę ;)

Muffinki robi się klasycznie - muffinkowo, czyli mieszamy wszystkie suche składniki, mieszamy wszystkie mokre, mieszamy wszystko razem, dorzucamy dodatki (oprócz marmolady) i mieszamy raz jeszcze, niezbyt dokładnie. Do foremek nakładamy łyżkę ciasta, łyżkę marmolady i łyżkę ciasta, w moich muffinkach trochę ciastu pomagałam, żeby się w miarę równomiernie rozłożyło. Foremki powinny być wypełnione tak w ok. 2/3 wysokości. Wstawiamy muffiny do piekarnika nagrzanego do 190 stopni i pieczemy 20 minut. W końcowej fazie pieczenia trzeba je uważnie obserwować, bo jeśli kawałki czekolady wydostaną się na wierzch ciasta i spłyną, to mogą się łatwo przypalić (ale wtedy i tak smakują jak karmel ;)

I to wszystko. Smacznego ;)